święta.

Luke potarł szorstką brodę.
wolno się do niego przywiązywać. Do każdej akcji bierze się nową
Wybrali sobie paskudny moment, pomyślała. Ale przynajmniej
wewnętrznej pustki i rozdzierającego, beznadziejnego bólu.
być takie smaczne. Chcąc się upewnić, Malinda
ją tylko po to, by z zazdrością spojrzeć na tego lub owego.
lojalność.
podszedł do drzwi i uchylił je. Kociak zajrzał do środka, po
U siebie w domu? Za nic w świecie! – pomyślała, a głośno
- To dziewczynka, kochanie.
ustalać, kiedy wychodzimy, a Kate z jakichś powodów nie chce
tutaj za Kate. Z tego, co powiedziała, wynikało, że miał na to czas.
Nieświadomie przytrzymała go ręką, patrząc na
kobietą.

- Nie ma. Szlag, wiem, że tu była!

Udaje, że to nie robi na niej wrażenia, nie potrafi jednak przed sobą ukryć, że sprawia jej to pewną przyjemność.
Odwrócił się szybko. Facet stał tuż za nim, trzymając ręce w kieszeniach
ciebie nie znaczyła. Była jeszcze jedną błyskotką, a potem sposobem na

Lily była oczarowana swobodną atmosferą, choć zarazem

wokół nosa mogą być tak pociągające. Na miłość boską, o czym on myśli? Cassidy jest córką szefa. I ma dopiero szesnaście lat. A on jest napalony jak diabli. Powinien znaleźć sobie kobietę do łóżka. Wtedy przestanie myśleć o Cassidy. Akurat. Od kiedy to możesz nie myśleć o kobiecie? Od kiedy skończył czternaście lat żył jak przeklęty - bez przerwy myślał o seksie. Zrobił sobie przerwę, zapalił papierosa i zaciągnął się. Stał oparty o twardy pień jodły samotnie rosnącej przy stajniach. Spojrzał na dom Buchananów i prychnął. Pięcioosobowa rodzina mieszkała w rezydencji, której nie powstydziłby się król; bez problemu pomieściłaby pięćdziesiąt osób. - Dziwne, że cię tu spotykam. - Usłyszał miękki kobiecy głos. Brig nie oglądając się za siebie, wiedział, że znowu znalazła go Angie. Trzeci raz w tym tygodniu. Musiał przyznać, że jest piękna. Ładniejsza niż jej młodsza siostra, ale mogą z nią być same kłopoty. Oparty o drzewo, odwrócił głowę i zobaczył, że dziewczyna, mrużąc niewiarygodnie błękitne oczy, przygląda mu się. Miała na sobie mocno wycięte białe spodenki, które ledwie przykrywały krok. Piersi wcisnęła w stanik dwuczęściowego czarnego kostiumu kąpielowego, który był o kilka rozmiarów za mały. - Co mogę dla ciebie zrobić? - Zaciągnął się camelem. Dotknęła ust czubkiem języka. - Wiele rzeczy przychodzi mi do głowy. - Przymknęła kusząco oczy, rzucając spojrzenie w rodzaju: nie wiesz, co tracisz. Przechyliła głowę na bok i czarne włosy związane w koński ogon opadły do przodu, dotykając jednej piersi. - Ale teraz trzeba zanieść drabinę do domu. Przepaliło się kilka żarówek w żyrandolu. - Mam zanieść drabinę? - Mało się nie roześmiał, bo pomyślał, że to idiotyczny pretekst, żeby zagaić rozmowę. Angie się uśmiechnęła. - Moja macocha o to prosi. Wszystko jedno, czy ty to zrobisz, czy ktoś inny. Ciebie pierwszego zobaczyłam. - Odgarnęła włosy i spojrzała na jego brudne od gnoju buty. - Lepiej je zdejmij, zanim wejdziesz do domu. Dena ma bzika na punkcie czystości. - Zamrugała oczami, odwróciła się i odeszła wyprostowana, kołysząc biodrami. Brig wziął drabinę z garażu. Przed wejściem na schody tylnego ganku zdjął buty i przez kuchnię zaniósł drabinę na korytarz. Cztery i pół metra nad marmurową podłogą wisiał kryształowo-mosiężny żyrandol. Dena była podenerwowana. Mieli się zjawić goście, a tu przepaliło się kilka żarówek, a reszta mrugała. - Nie wiem, jak to się stało. - W kącikach ust Deny utworzyły się małe zmarszczki. - Sprzątaczki powinny były mi powiedzieć. - Spojrzała na Briga i nieznacznie zadrżała jej broda. Zmierzyła go wzrokiem i jej oczy spoczęły na jego białych dziurawych skarpetach. W chłodnych oczach kobiety pojawił się cień pogardy. Brig nie przejął się jej zachowaniem. Rozstawił drabinę. Dena Miller pochodziła z biedoty. Wprawdzie nie miała cygańskich ani indiańskich przodków w swoim rodowodzie, ale była córką farmera i szwaczki. Skończyła szkołę handlową. Potem dostała pracę w tartaku Buchanana i przez kilka lat była osobistą sekretarką Reksa. Gdy ubóstwiana przez niego pierwsza żona pożegnała się z tym światem, Dena nie odstępowała wdowca. Pomogła mu się pozbierać. Stary Buchanan był zdruzgotany. Dena skorzystała ze sposobności i zbliżyła się do niego. Pobrali się niecały rok po pogrzebie Lucretii Buchanan. Osiem miesięcy później urodziła się Cassidy. Dena Miller z pewnością widziała w życiu mnóstwo dziurawych skarpet. Brig wymienił żarówki. Wiedział, że przyglądają mu się kobiety. Dena z pogardą, którą starała się ukryć, Angie z zainteresowaniem, a Cassidy, która chowała się na drugim piętrze - z ciekawością. Unikała go od paru dni, od czasu ich rozmowy przy stajni. Gdy kończył wkręcać ostatnią żarówkę, odchylił głowę i dostrzegł jej zaskoczone spojrzenie. Mrugnął do niej. Przełknęła z trudem ślinę i chociaż wyglądała jak przestraszony królik, którego w środku nocy osaczyło światło reflektorów, wytrzymała jego spojrzenie. Nie schowała się. Musiał przyznać, że jest odważna. Zeskoczył na ziemię i złożył drabinę. Angie położyła mu rękę na ramieniu, pewnie po to, by zdenerwować macochę. - Dziękuję. - Uśmiechnęła się łagodnie - Może odwdzięczymy ci się zimnym napojem? Może być cola? Albo coś mocniejszego? Tata ma w lodówce zapas piwa. Przywozi je z... - Pan McKenzie jest w pracy. Nie tyle zobaczył, co wyczuł stanowczość Deny. Chciała mu przypomnieć, gdzie jest jego miejsce. - Dziękuję. Robota czeka - wycedził przez zęby, spoglądając na Denę. - Może innym razem. Angie uniosła ładną brew. - Trzymam cię za słowo - powiedziała, dotykając palcem jego koszuli. Miał wrażenie, że pod delikatnym dotykiem jej dłoni skóra pod bawełnianą koszulą mu płonie. Zastanawiał się, czy Cassidy to widziała, ale doszedł do wniosku, że nic go to nie obchodzi. Wyniósł drabinę za drzwi. Przy garażu zauważył lśniącą corvettę. Czerwona karoseria samochodu wyglądała tak, jakby się rozpływała w popołudniowym słońcu. Przy zderzaku ze skrzyżowanymi nogami i z założonymi rękami stali Jed Baker i Bobby Alonzo. Opierali się pośladkami o błyszczącą karoserię.
żoną i dzieckiem, wpatrując się w nich z niemądrym uśmiechem w
- Tutaj! - usłyszała głos przyjaciółki. Joann wyszła z ich małej

Luke posłał jej, jak mu się zdawało, zniewalający uśmiech.

gotowości do pójścia naprzód. Ale tu chodziło o Diaza, a nie jakiegoś
absolutnie nie mogła sobie pozwolić.
zasłaniającym twarz. Był taki mały, taki żywy... Taki szczęśliwy.